Przejdź do treści
+48 603 630 440 biuro pon.–pt. 9:00–16:00 · online 24/7 Wycena od ręki

Tłumaczenie przysięgłe online: drukować czy nie drukować? Oto jest pytanie.

Co robimy, gdy nagle potrzebujemy tłumaczenia przysięgłego? Oczywiście rzucamy się na Google. Kto, gdzie, jak szybko i – co najważniejsze – za ile? No i jest: wymarzone biuro tłumaczeń, wymarzony termin, wymarzona cena i wymarzony tłumacz przysięgły. Jest tylko jedno „ale”: mieszka za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a dojazd nie wchodzi w grę. Przesyłkę można jeszcze przełknąć, tylko że kurier – jak to kurier – lubi zrobić sobie wycieczkę krajoznawczą przez trzy sortownie. Zaczyna się gonitwa myśli i chłodna kalkulacja. Przecież każda AI wyprodukuje tłumaczenie na niemiecki czy angielski szybciej niż zdążymy zaparzyć kawę. Tylko co z tego, skoro potrzebne jest tłumaczenie przysięgłe, a AI niczego nie poświadczy – nikt jeszcze nie zamówił dla niej okrągłej pieczęci w Mennicy. I nagle – jest! Oferta o bardzo nowoczesnym brzmieniu: „tłumaczenia przysięgłe online”, „tłumacz przysięgły online”, a na deser: „tłumaczenie przysięgłe z podpisem kwalifikowanym – przesyłka gratis”. Wspaniale. Realizacja niemal od ręki. Jeszcze lepiej. Bierzemy!

Spokojnie. Zanim porwie nas zapał i klikniemy „zamawiam”, warto się zatrzymać, bo czasem taka oszczędność kończy się podwójnym kosztem. Pytanie brzmi: czy instytucja, do której niesiemy dokument, przyjmie plik, czy zażąda papieru? A jeśli papieru – to czy tłumaczenie przysięgłe z e-podpisem można po prostu wydrukować? Wydawałoby się, że to pytanie za jeden punkt. Nic bardziej mylnego.

Sięgnijmy więc do źródła. A co właściwie jest tu źródłem? Ustawa z dnia 25 listopada 2004 r. o zawodzie tłumacza przysięgłego – uchwalona przez Sejm, choć to Ministerstwo Sprawiedliwości sprawuje nad nami pieczę. Jej art. 18 ust. 1a mówi krótko i dumnie: tłumacz przysięgły może, za pomocą kwalifikowanego podpisu elektronicznego, poświadczyć tłumaczenie lub odpis pisma w postaci elektronicznej. Kropka. I na tym ustawodawca kończy, zadowolony z siebie jak kot, który właśnie zrzucił kubek ze stołu. Ani słowa o tym, czy taki dokument drukować, jak go przekazać i co zrobić, gdy w okienku usłyszymy: „Poproszę oryginał. Na papierze”. Szukamy dalej. Przepisy o podpisie kwalifikowanym owszem, istnieją i z dumą ogłaszają, że taki podpis jest równoważny własnoręcznemu. Są nawet obszerne poradniki, co można nim załatwić – od wniosku w urzędzie po umowę z kontrahentem. Tłumaczeń przysięgłych w tych rozpiskach jednak nie uświadczysz. Jakby nas tam w ogóle nie było.

Skoro więc ani ustawy, ani poradniki, ani rządowe strony gov.pl nie mówią wprost, gdzie i jak posługiwać się tłumaczeniem przysięgłym z podpisem kwalifikowanym, to skąd klient i sam tłumacz mają wiedzieć, co z takim „onlajnowym dokumentem” zrobić? Na ratunek przychodzi Kodeks zawodowy tłumacza przysięgłego. Wisi na gov.pl, w zakładce Ministerstwa Sprawiedliwości, z całą powagą urzędu. Brzmi jak prawo, wygląda jak prawo… ale prawem nie jest. To dokument przyjęty uchwałą Rady Naczelnej Polskiego Towarzystwa Tłumaczy Przysięgłych i Specjalistycznych TEPIS, czyli stowarzyszenia powołanego z inicjatywy samych tłumaczy. I nawet sam o sobie mówi skromnie, że TEPIS „zaleca jego stosowanie”. Zaleca – nie nakazuje. Innymi słowy: najważniejszy poradnik naszego zawodu ma moc wiążącą mniej więcej taką jak przepis babci na sernik – mądry, sprawdzony, szanowany, ale nikt nie pójdzie do więzienia za dodanie rodzynek. A co w nim znajdziemy? Że tłumaczenie poświadczone w postaci elektronicznej poświadcza się kwalifikowanym podpisem elektronicznym, a tekst bez takiego podpisu nie jest tłumaczeniem poświadczonym i nie ma mocy prawnej. I wreszcie zdanie-klucz: „Oryginałem dokumentu elektronicznego jest wyłącznie zapis elektroniczny; wszystkie inne postacie stanowią odpis (np. wydruk)”. Przekładając z kodeksowego na nasze: wydrukowane e-tłumaczenie staje się jedynie kopią papierową. Ładną, kolorową, może nawet na papierze kredowym – ale kopią. Odbiorcy trzeba przekazać plik, a nie jego wydruk.

I tu dochodzimy do sedna. Ustawa mówi: wolno. Kodeks, który ustawą nie jest, mówi: plik to oryginał, wydruk to kopia. A urząd? Urząd mówi różnie. Jeden przyjmie plik drogą elektroniczną i jeszcze podziękuje. Drugi poprosi, żeby go „po prostu wydrukować”, bo przecież to to samo. A trzeci spojrzy na nas tak, jakbyśmy przynieśli do okienka bitcoina w słoiku.

Dlatego zanim klikniesz „zamawiam”, zadaj jedno pytanie – nie tłumaczowi, nie Google’owi i nie AI, tylko instytucji, do której dokument trafi: „Czy przyjmiecie tłumaczenie przysięgłe jako plik podpisany kwalifikowanym podpisem elektronicznym?”. Jeśli tak – gratulacje, oszczędzasz czas, pieniądze i kilka drzew. Jeśli nie – potrzebujesz papieru z okrągłą pieczęcią i własnoręcznym podpisem tłumacza. Nie wydruku. Papieru.

A morał? Przewrotny, jak to w naszym zawodzie. Żyjemy w czasach, w których AI tłumaczy w sekundę, podpis kwalifikowany mieści się w telefonie, a dokument przelatuje z Płocka do Lizbony, zanim gołąb pocztowy zdąży rozprostować skrzydła. A mimo to najpewniejszym sposobem na nowoczesne tłumaczenie przysięgłe online wciąż pozostaje zamówienie go przez internet i… czekanie na kuriera lub listonosza z wersją papierową. A żeby skorzystać z rozwiązania naprawdę nowoczesnego, czyli z podpisu kwalifikowanego, trzeba niestety najpierw wykonać zwykły telefon do urzędu i zapytać, czego właściwie chcą. Dlatego prawdziwy tłumacz przysięgły online musi mieć dziś dwie rzeczy: podpis kwalifikowany w komputerze i okrągłą pieczęć z Mennicy w szufladzie. Bo nigdy nie wiadomo, czy przyszłość już nadeszła, czy jeszcze stoi w kolejce do okienka.

Autor: Izabela Tłuchowska, tłumacz przysięgły języka niemieckiego

Potrzebujesz tłumaczenia przysięgłego?

Wyślij dokument, a odeślemy wycenę razem z terminem realizacji.

Wyceń dokument