Przejdź do treści
+48 603 630 440 biuro pon.–pt. 9:00–16:00 · online 24/7 Wycena od ręki

Tłumaczenia przysięgłe – na co to komu?

Dziś tłumacze konkurują już nie tylko z Tłumaczem Google, lecz także ze sztuczną inteligencją, a mimo to w Polsce i innych krajach kontynentalnego systemu prawa wciąż funkcjonuje fenomen zwany „tłumaczeniem przysięgłym”. Skoro mamy modele językowe, które działają sprawnie, często za darmo i znają języki obce na poziomie native speakera z tytułem eksperta, to cóż takiego wniesie do tłumaczenia tłumacz przysięgły ze swoim tłumaczeniem przysięgłym, a właściwie uwierzytelnionym? Tu teoria i prawo brzmią jak bajka o dziewiętnastowiecznej pieczęci lakowej, wiecznym piórze i gońcu. Za górami, za lasami mieszka tłumacz przysięgły, który otoczony stertami książek i słowników, pochylony nad wielkim dębowym biurkiem, sporządza tłumaczenia. Jego zadaniem jest sprawdzić dokument, opisać jego stan fizyczny, rozczytać widniejące na nim pieczęcie, przetarcia i ewentualne błędy, a potem przełożyć to wszystko na język swojego kraju. Tak wnikliwy opis i tłumaczenie opatrzy na koniec pieczęcią, zaświadczając, że nie dopuścił się żadnego kłamstwa, a dokumentowi źródłowemu przyjrzał się z dokładnością Sherlocka Holmesa. Następnie włoży to pięknie opisane i przełożone dzieło do koperty i wręczy gońcowi.

Czy ta dziewiętnastowieczna bajka wciąż ma sens? Czego właściwie oczekuje się dziś od tłumacza przysięgłego? W odpowiedzi pojawia się cały katalog absurdów i wymagań kompletnie oderwanych od rzeczywistości – a jednak skrupulatnie egzekwowanych. Zacznę jednak od spraw, które w tłumaczeniach przysięgłych mają sens i są naprawdę ważne. Pójdzie szybko, bo jest ich znacznie mniej niż absurdów.

Po pierwsze: samo zlecenie tłumaczenia przysięgłego daje gwarancję poufności zabezpieczoną przepisami prawa, a jej złamanie ma dla tłumacza przysięgłego poważne konsekwencje. W dobie internetu to gwarancja warta rozważenia, zwłaszcza gdy powierza się tłumaczowi dane takie jak PESEL, data urodzenia czy informacje o zdrowiu (np. tłumaczenia przysięgłe medyczne, tłumaczenia przysięgłe aktów stanu cywilnego itd.). Po wrzuceniu dokumentu do czata czy innej „inteligencji” dane te już na zawsze pozostaną własnością „sieci”.

Po drugie: istnieją dokumenty – na przykład dokumenty rejestracyjne pojazdów czy zaświadczenia lekarskie – w których zdarzają się, ujmijmy to delikatnie, dodatki i dopiski specjalne: przedarty fragment, żeby nie było widać daty, zdrapana literka albo słowo, które zmienia sens całego wpisu. Ba, trafiają się nawet dokumenty puste i niepodpisane, które klienci lubią sobie uzupełnić odręcznie już po tłumaczeniu – zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu. Tłumacz przysięgły ma obowiązek odnotować, że w dokumencie brak wpisów, że dokument jest niepodpisany, że róg z datą jest oderwany i daty nie widać itd. (Wszystkie te sytuacje to autentyczne przypadki z życia tłumacza przysięgłego języka niemieckiego.)

I to chyba tyle, jeśli chodzi o sprawy, w których ta dziewiętnastowieczna rola tłumacza przysięgłego wciąż ma jakieś znaczenie. Cała reszta to już absurd w czystej postaci.

Pierwszym z brzegu absurdem jest adnotacja o tym, z jakiego dokumentu wykonano tłumaczenie przysięgłe: z kopii, z oryginału, a może z dokumentu elektronicznego. Nie ma żadnych standardów, które pozwalałyby odróżnić kopię od dokumentu elektronicznego czy kopię od oryginału, a teraz doszedł jeszcze skan – i tu też nikt nie wie, co jest kopią, co skanem i czym jedno i drugie różni się od dokumentu elektronicznego. Na oko tłumacz przysięgły wie, że oryginał ma na przykład wielką, czerwoną, okrągłą pieczęć, a podpis przebija aż na kolejne kartki. Tu sprawa jest jasna. Ale co zrobić z dokumentem, na którym widnieje informacja: „Wygenerowano automatycznie i nie wymaga podpisu”? Ktoś grzecznie podpowie tłumaczowi, że to przecież proste: wystarczy napisać, że to automatycznie wygenerowany dokument bez podpisu. Problem pojawi się jednak natychmiast, gdy klient przedłoży takie, dajmy na to, „tłumaczenie przysięgłe z języka niemieckiego” urzędnikowi, który na żółtej karteczce przyklejonej do swojego monitora ma zapisane: „Przyjmować tłumaczenia przysięgłe tylko z oryginału”. Bam, bam… Klient zapłacił stówkę za tłumaczenie przysięgłe, odstał godzinkę w kolejce w urzędzie, pół godzinki w korku, wydał dychę na parking strzeżony i nie załatwił nic. Świat sprzeciwił się dubeltowo.

Podobnie jest, gdy zlecenia przychodzą przez internet, czyli przy tłumaczeniach przysięgłych online. Piękna perspektywa: nie trzeba nigdzie jechać, można wybrać dowolnego tłumacza przysięgłego w Polsce i mieć dokument nawet szybciej niż u tłumacza za rogiem. Istnieje przecież podpis kwalifikowany, wyraźnie dopuszczony przez Ministra Sprawiedliwości do poświadczania tłumaczeń przysięgłych – czyli, o wspaniały Ministrze nasz, oszczędność na przesyłce. Ale i tu Minister sobie, a życie urzędnicze sobie: jedne urzędy akceptują tłumaczenia przysięgłe opatrzone podpisem kwalifikowanym, inne nie. Gdyby ktoś pytał – listy tych, które akceptują, i tych, które nie, nie ma. W tym samym pakiecie tłumaczenia przysięgłego online wraca problem nieszczęsnej adnotacji „z oryginału”, „z kopii” czy „z dokumentu elektronicznego”. Chyba urzędnicy lubią, gdy ich petenci kursują po mieście, stoją w korkach i płacą za parkingi, bo akceptacja zgodnego z prawdą zapisu „tłumaczenie wykonano na podstawie kolorowego dokumentu przesłanego drogą elektroniczną w formacie PDF” czasami graniczy z cudem. I znów: jedne urzędy taki zapis akceptują, inne nie, a listy, który urząd czego chce, oczywiście nie ma.

Trzeci przykład absurdu jest zaczerpnięty akurat z dziedziny „tłumaczenia przysięgłe niemieckie”, a dokładnie z niemieckiego na polski. Jest taki dokument: „Verbindliche Bestellung”, dosłownie „Wiążące zamówienie”. Piękny dokument w kolumnach, ale broń Boże zostawić to dosłowne, piękne i skądinąd poprawne tłumaczenie. Wydziały komunikacji takiego zapisu nie akceptują. Musi być, czy się to komuś podoba, czy nie: „Zamówienie – Umowa”. Podobnie w innych tłumaczeniach przysięgłych z języka niemieckiego urzędy narzucają tłumaczom własną „wiedzę językową”. I tak niemieckie „ledig” nie może być w zaświadczeniach przetłumaczone na przykład jako „stan wolny”. Urzędy chcą „kawalera” lub „panny”. Przykładów jest znacznie więcej. „Betrag in bar dankend erhalten” tłumacz przysięgły języka niemieckiego pięknie odda to jako „Kwotę przyjęto w gotówce, dziękujemy”, ale nie, dla urzędu musi być „zapłacono gotówką” (tu akurat podziękowanie można zostawić). Owszem, można się upierać, że w Polsce mówi się „zapłacono gotówką” i koniec. Dlaczego jednak urząd nie zaakceptuje innego, równie poprawnego tłumaczenia i nie przyjmie dokumentów, pozostaje tajemnicą – albo, jak już ustaliliśmy, absurdem.

Czy w dobie internetu, PDF-ów, zrzutów ekranu, plików DOCX, podpisów kwalifikowanych, kodów weryfikacyjnych i profilu zaufanego naprawdę musimy niszczyć lasy i przybijać pieczęcie na papierze jak nasi pradziadkowie tłumacze w XIX wieku? Czy urzędy naprawdę muszą robić klientom pod górkę, gdy ci – dla wygody albo lepszej oferty – przesyłają dokumenty do tłumaczenia przysięgłego w PDF?

Na koniec: poza tym, że tłumacz przysięgły ma obowiązek zachować w tajemnicy tłumaczone informacje, a tłumaczenie przysięgłe gwarantuje poufność danych, cała reszta zasługuje na lekkie rozluźnienie. Najlepiej zanim ostatni goniec przejdzie na emeryturę.

Autor: Izabela Tłuchowska, tłumacz przysięgły języka niemieckiego

Potrzebujesz tłumaczenia przysięgłego?

Wyślij dokument, a odeślemy wycenę razem z terminem realizacji.

Wyceń dokument