Czy erudycja się wciąż opłaca? Prawda o egzaminie na tłumacza przysięgłego.

Niezależnie od doby AI i wszystkich zagrożeń, które rzekomo mają spotkać tłumacza w najbliższej dekadzie, prawo w Polsce — podobnie jak w innych krajach systemu prawa cywilnego — niezmiennie wymaga uwierzytelniania tłumaczeń, czyli tego, co wszyscy nazywają „tłumaczeniami przysięgłymi”.
Proces uzyskiwania uprawnień tłumacza przysięgłego jest arcytrudny — to akurat nie dziwi. Dziwi natomiast, jak bardzo jest oderwany od realiów pracy tłumacza przysięgłego dwudziestego pierwszego wieku. Można odnieść wrażenie, że kandydat wchodzi do sali egzaminacyjnej i — jak w podróży wehikułem czasu — wraca do lat osiemdziesiątych, tylko bez wznowień disco.
Każdy zainteresowany zapewne wie, że egzamin składa się z dwóch etapów. Etap pierwszy to tłumaczenie pisemne z języka polskiego na obcy i z języka obcego na polski. Należy przetłumaczyć razem cztery teksty: dwa na język obcy i dwa na polski. Na każdy tekst jedna godzina, razem cztery godziny — i cztery szanse na to, żeby wykazać się erudycją na miarę teleturnieju „Jeden z dziesięciu”.
Otuchy dodaje możliwość zabrania na część pisemną egzaminu całą walizkę słowników i glosariuszy. Można zbudować z nich mur na biurku, przy którym pisze się egzamin, ale tu pojawia się pytanie, czy wystarczy czasu, żeby przez ten mur się przedrzeć i otworzyć chociaż część z tych zasobów. Otóż nie wystarczy. Zdecydowanie bardziej rekomendowany jest jakiś słowniczek podręczny i może w drodze zapewnienia sobie spokoju większy słownik tematyczny lub ogólny i glosariusz sporządzony własnoręcznie. Najlepiej jednak zdać się na to, co jest w głowie, czyli wiedzę absolutną. Sama znajomość pary językowej bowiem nie wystarczy. Trzeba znać prawo, medycynę, biologię i oczywiście jak największy zakres tematyczny ze stron rządowych – tych z końcówka GOV.PL, GOV.UK czy .GOV. Dobrze jest znać różnicę między postanowieniem, orzeczeniem a wyrokiem — co akurat jest bardzo uzasadnione, zwłaszcza jak się weźmie pod uwagę, że należy też znać różnicę między bioróżnorodnością a ekologią, żabą po prostu a żabą trawną, czy zwykłym wróblem a wróblem domowym (akurat ten przykład pochodzi z prawdziwego tekstu, który pojawił się na egzaminie na tłumacza przysięgłego z języka angielskiego 5 grudnia 2025 r. — tak, wróbel domowy zdecydował tego dnia o niejednej karierze).
Zaskakujący jest fakt, że w czasach AI, narzędzi CAT i starego przyjaciela Tłumacza Google komisja egzaminacyjna i przepisy prawa w Polsce nakładają obowiązek cofnięcia się w czasie i pracy analogowej. O ile praca z książkowym słownikiem jest wciąż wartością nieprzemijającą, to sporządzanie tłumaczenia odręcznie, na kartce papieru w linijkę, stanowi już formę z wysokiej półki gatunku „old fashioned”. Co więcej, można tekst najpierw przetłumaczyć „na brudno”, a potem przepisać „na czysto” — jednak to tylko pozorne udogodnienie, bo komisja odradza takie działania ze względu na ograniczony czas. Jako powiew nowoczesności i na ratunek przyszłym tłumaczom przysięgłym przychodzą długopisy i pióra ścieralne. Nie ma co do tego żadnych zakazów ani nakazów. Rewolucja technologiczna dokonała się w segmencie artykułów papierniczych.
Jedną z kultowych i ikonicznych cech egzaminu na tłumacza przysięgłego są tak zwane „haczyki”. Które dzielą się, bo w porządnym egzaminie musi być hierarchia klap, na dwie kategorie: dyskwalifikujące i punktowe. Głównym „haczykiem dyskwalifikującym” jest to, że nie można podpisać tłumaczenia swoim imieniem i nazwiskiem. Brzmi to niemal jak naruszenie prawa, bo w chwili składania egzaminu tłumaczem przysięgłym się nie jest, zatem nie można tego tytułu używać w tak poważnych okolicznościach. Należy w zamian stosować trzy krzyżyki +++ lub, jak ktoś woli, trzy razy X. Wiek dwudziesty pierwszy, wiadomo. Drugim „haczykiem dyskwalifikującym” jest wpisanie w klauzuli końcowej, że tłumaczyło się z oryginału dokumentu. Na egzaminie dostaje się zawsze kopię i na jej podstawie sporządza się tłumaczenie uwierzytelnione. Jedno słowo za dużo i po egzaminie.
Kolejne haczyki to „haczyki punktowe”, tanie w produkcji, drogie w skutkach. Pod żadnym pozorem nie wolno użyć określenia „tłumaczenie przysięgłe”, gdyż tłumaczenie samo w sobie przysięgłe nie jest — przysięgły jest tłumacz, bo złożył przysięgę, a tekst to „tłumaczenie uwierzytelnione” lub „tłumaczenie poświadczone” przez tłumacza przysięgłego. Kolejny haczyk, który może kosztować cenne punkty, to różnice w pisaniu dat, liczb i walut. Przy tłumaczeniach na angielski należy zwracać uwagę na różnice w pisowni czasu: 4:00 PM vs. 16:00, lub na pisanie liczb z przecinkiem 12,5 cali vs. 12.5 inches. Podobnie z liczbami dziesiętnymi — 0,5 vs. .5 — czy w końcu 100 dolarów vs. USD 100 lub $100. Człowiek z zewnątrz stwierdziłby, że chodzi o kropkę. Komisja stwierdzi, że chodzi o punkty. I będzie miała rację.
Ciekawostkę stanowi też pewien standard, który jest mile widziany przez komisję egzaminacyjną i wymagany od tłumaczy przysięgłych przy tłumaczeniach pisemnych. Według tego standardu adnotacje tłumacza przysięgłego zapisywane są kursywą w nawiasach kwadratowych. O tym fakcie należy poinformować na początku każdego tłumaczonego dokumentu, wpisując: [Adnotacje tłumacza umieszczono kursywą w nawiasach kwadratowych]. Standard ten należy zastosować również na egzaminie pisemnym, ale należy pamiętać, żeby tę kursywę z tej adnotacji wyrzucić. Pismo odręczne to pismo odręczne, może być od góry do dołu pisane „kursywą naturalną” — a to nadal nie jest kursywa. Czyli w skrócie: wymóg technologiczny należy dopasować do realiów analogowych.
Ostatnim niuansem części pisemnej egzaminu jest oznaczenie pieczęci. Nie ma tego w ustawie, nie ma tego w wyżej wymienionym standardzie i na kursach też tego nie omawiają jednoznacznie. Krążą pogłoski, że nie można rysować pieczęci na kartce. Jednoznacznie jednak można narysować pieczęć i wpisać w środku np. „pieczęć tłumacza i parafka”. Czy istnieją inne dopuszczalne formy — tego nie wie nikt. Prawdopodobnie również komisja.
Z części pisemnej tego egzaminu można uzyskać maksymalnie 200 punktów, czyli po 50 punktów za tekst. Minimum wymagane do zaliczenia to 150 punktów, zatem zalicza 75%. To bardzo wysoko podniesiona poprzeczka przy dość „rozmytych” kryteriach.
Po uzyskaniu 150 punktów lub więcej z części pisemnej wyznaczony zostaje termin egzaminu ustnego. Między jedną a drugą częścią to około 6 tygodni. Część ustna zdaje się być bardziej technologiczna niż pisemna. Teksty bowiem są odtwarzane, czytane dość wolno, prawie z czułością. I tu znów jest podział na cztery: dwa słuchowiska są tłumaczone na polski, dwa na obcy. Ale jest jeszcze dalszy podział, bo w każdym przypadku jest jedno tłumaczenie symultaniczne (równoczesne) i jedno konsekutywne (dłuższe fragmenty). Udogodnieniem tłumaczenia symultanicznego jest to, że dostaje się tekst na kartce. Przy tłumaczeniu konsekutywnym można robić notatki i potem z nich korzystać. Tłumaczenie jest nagrywane, a potem nagranie trafia przed komisję i jest oceniane.
Tematyka i dialekt tłumaczeń są zawsze niespodzianką. Może być szkocka rozprawa sądowa, fragment bawarskiego rozporządzenia o Oktober Fest lub wykładu dla farmaceutów. Przemówienia z mównicy strasburskiej też mogą się pojawić. Wystarczy odrobina szczęścia, żeby na jednym egzaminie pojawiły się wszystkie trzy. Kryterium oceniania jest takie samo jak w przypadku części pisemnej. Można uzbierać w sumie 200 punktów, a 150 zalicza.
Fascynujące w tym wszystkim jest to, że na egzaminie na tłumacza przysięgłego niemieckiego, ukraińskiego czy angielskiego nie obowiązują żadne konkretne kryteria. Nie ma jasno sprecyzowanych wymogów ani tematyki. Teksty nie mają jednoznacznie ustalonej ilości znaków, mogą mieć 1500 znaków, ale miewają więcej, zwłaszcza na egzaminie na tłumacza przysięgłego języka angielskiego, bo tu konkurencja jest duża. Egzamin na tłumacza przysięgłego nie sprawdza i nie egzekwuje takich aspektów jak etyka zawodu tłumacza przysięgłego czy zasady zachowania poufności. Bo po co.
Czy tak arcytrudny egzamin, przeprowadzany w sposób bardzo analogowy, z rozmytymi kryteriami do wyłapywania lingwistów erudytów, jest wart zachodu w dzisiejszym świecie techno? Po co ta cała erudycja — znajomość specjalistycznych terminów i niuansów? Czy znajdzie do przełożenie w pracy, w zarobkach? Czy spotka się z uznaniem klienta, który nie potrzebuje tłumaczenia przysięgłego, żeby poczuć się lepiej. Klient musi przetłumaczyć dokumenty, żeby zarejestrować pojazd, wziąć ślub, czy dostać odszkodowanie.
Stawki za stronę obliczeniową tłumaczenia poświadczonego reguluje rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości i te stawki, obowiązujące dla organów wymiaru sprawiedliwości, policji i prokuratury, potrafią wywołać u nowego tłumacza przysięgłego tę samą minę, którą miał na widok arkusza egzaminacyjnego. Kwota, delikatnie mówiąc, nie odpowiada trudności egzaminu, który uprawnia do jej pobierania. Na wolnym rynku można oczywiście stawki podnieść, tylko że przy tłumie tłumaczy przysięgłych języka angielskiego i tłumaczy przysięgłych języka niemieckiego oraz coraz bardziej rozzuchwalonej sztucznej inteligencji oczekiwanie na upragnione zlecenie potrafi trwać naprawdę długo.
W efekcie mamy egzamin na tłumacza przysięgłego, który testuje wiedzę z zakresu prawa, medycyny, biologii z przyrodą i dialektów wszelakich, a nagrodą za jego zdanie jest prawo do wystawienia faktury, której wartość klasyk polskiej komedii określiłby jako wystarczającą „na waciki”. Namaszczony arcytrudnym egzaminem tłumacz przysięgły erudyta traktowany jest w świecie zawodowym jak drobny usługodawca z pieczęcią.
Autor: Izabela Tłuchowska, tłumacz przysięgły języka niemieckiego